2009

Aleksander Balicki (1909 – 2006)
Pochwała skromności i rzetelności

Takie skojarzenie i przekonanie nasuwa mi się, gdy przeglądam zdjęcia Aleksandra i przypominam sobie prowadzone z nim rozmowy.

Jego autoportret, gdy jego twarz jest zasłonięta aparatem fotograficznym właśnie o tym mówi. Ten wizerunek został zestawiony z Jego najbardziej ulubionym fotogramem „Narciarza wodnego”. Z bardzo dobrym zdjęciem wykonanym przed laty analogowo, gdy jeszcze migawki ultra szybkie nie były jeszcze znane. Jednak Balicki potrafił uchwycić piękno tej wodnej sceny w sposób doskonały. W kilkunastu odmianach to zdjęcie eksponowane było na wielu wystawach.
Zawierucha wojenna przygnała go ze Lwowa do Bytomia i osadziła w nowej i trudnej rzeczywistości. W pierwszych dniach wyzwolenia fotografował to wszystko, co dzisiaj nam przekazują gazety i dzienniki telewizyjne. Jego małe zdjęcia naklejone na planszach wielkości 70x100 cm były dokumentem aktualnej rzeczywistości. Moi starsi koledzy nie traktowali wtedy z szacunkiem tego jakże ważnego dokumentu. Artyzm był bardziej doceniany. Dopiero po latach doceniamy wartości zwykłego dokumentu fotograficznego.

Taki też jest jeden z nielicznych zachowanych w naszych zbiorach fotogram a serii „BHP”. Podpis pod nim: „PRACA W ZADYMIONEJ, ZATRUTEJ ATMOSFERZE
WYMAGA REGENERACJI ORGANIZMU W ZDROWEJ OKOLICY”

Wtedy takie napisy pod zdjęciami wykonywanymi dla potrzeb zakładowych komórek BHP budziły uśmieszek. Ale czy dzisiejsze hasła reklamowe ich nie budzą? Zdjęcie zadymionego zakładu było dobrze zrobione i podane w niezniszczalnej sepii. I takie właśnie zdjęcia pokazuje nam Aleksander Balicki z tamtych czasów żywiołowego rozwoju naszego przemysłu.

Sam Aleksander stosował się do swoich propagowanych haseł i lubił przebywać w otoczeniu przyrody. Namiętnie wyjeżdżał a spływy kajakowe i biwaki pod namiotem.
To była jego pasja, która zaowocowała pięknymi zdjęciami naszej zielonej i wtedy jeszcze prawie dziewiczej przyrody.

Te zdjęcia już zyskiwały aprobatę, bo były bardziej artystyczne. Ale czy po latach też tak myślimy? Na nasze związkowe zebrania i wystawy Aleksander przychodził często ze swoim psem i miał do mnie żal, gdy ja nie przyprowadzałem swojej Mikusi. Jego pierwsze pytanie do mnie to pytanie jak się ma mój piesek. Z Januszem Musiałem udało nam się jeszcze zarejestrować jego ostanie wypowiedzi o Jego fotografii i spojrzeniu na swoje fotograficzne życie.

Cieszy mnie fakt, że mamy ten ślad twórczej działalności w naszym powstającym jeszcze ciągle filmowym Leksykonie Śląskiej Fotografii. A tą skromną prezentacją pozwalam sobie pokazać w naszym wirtualnym przekazie sylwetkę skromnego i bardzo ludzkiego Kolegę!

październik 2009 r